Wracam do Was z drugim rozdziałem i mam nadzieje, że przyjmiecie go pozytywnie.
Poznacie dziś jednego z kolejnych bohaterów, ale na Zayna musicie jeszcze cierpliwie poczekać :) Choć niedługo i on się pojawi, spokojnie :)
Poznacie dziś jednego z kolejnych bohaterów, ale na Zayna musicie jeszcze cierpliwie poczekać :) Choć niedługo i on się pojawi, spokojnie :)
Wszystkich, którzy chcieliby być informowani o nowych notkach prosiłabym o pozostawienie jakiś namiarów w komentarzu :)
Miłej lektury x
________________________________________
'Stitch my wings and
pull the strings
I bought these dreams. That all fall down'
Obudziły ją
wpadające do pokoju promienie słońca. Mimo że czuła się wyspana, była
wykończona psychicznie. Spojrzała na zegarek stojący na szafce nocnej. Wskazywał
dopiero 5:20, więc miała jeszcze dobre dwie godziny na sen. Wiedziała jednak,
że już nie zaśnie. Przykryła swoją twarz kołdrą i starała się przypomnieć sobie,
co jej się śniło. Rzadko kiedy pamiętała swoje sny. Głównie w pamięci
pozostawały jej szczegóły, których nie mogła zrozumieć. Tak było też tym razem.
W głowie siedział jej obraz nagrobka. Nie była pewna dlaczego właśnie tylko to
zapamiętała i może nie byłoby to wcale tak dziwne, gdyby nie fakt, że to był to
obraz jej nagrobka.
Zrzuciła
kołdrę ze swojego ciała i usiadła na łóżku. Postawiła swoje nogi na chłodnych
panelach i wstała. Pościeliła spokojnie swoje łóżko i powoli skierowała się do
łazienki. Usiadła na brzegu wanny i przetarła swoje rany na rękach. Wiele z
nich było świeżych i kiedy mocniej naciskała na skórę, czuła lekkie pieczenie.
Podeszła do umywalki i obmyła swoją twarz. Nie miała najmniejszej ochoty
patrzeć na swoje marne odbicie w lustrze. Wykonała wszystkie poranne czynności
i wyszła z pomieszczenia. Zdjęła swoją koszulkę do spania i założyła czystą
bieliznę. Otworzyła swoją szafę i standardowo sięgnęła po ciemną bluzkę. Na nią
zarzuciła czarną bluzę z za długimi rękawami. Celowo takie były. Miały
zasłaniać oznaki jej słabości na rękach. Na nogi założyła jeansowe rurki, a
swoje rude włosy przeczesała szczotką i zostawiła rozpuszczone. Wzięła do ręki
plecak i opuściła pokój. Zeszła cicho po schodach i udała się do kuchni.
Wstawiła wodę na herbatę i kiedy zaparzyła sobie napój, usiadła na parapecie
okna. Ogrzała sobie ręce ciepłem bijącym z kubka i co jakiś czas upijała
kolejne łyki herbaty. Kiedy skończyła pić, wyjęła z lodówki swój ulubiony
jogurt z kawałkami czekolady. Znalazła w szufladzie łyżeczkę i usiadła na
poprzednim miejscu. Zimny posiłek łagodził jej podrażniony od gorącej herbaty
język. Po skończonym śniadaniu posprzątała po sobie. Kierując się do wyjścia,
założyła swoje czarne trampki i zarzuciła plecak na ramiona.
Szła
pustą ulicą i mijała kolejne domy. W oknach dostrzegała rodziny przy wspólnym
posiłku, szykujące się na kolejny dzień. Czuła w sercu wielką zazdrość. Jej
rodzina nigdy nie jadła wspólnych posiłków, ale dlaczego? Miała wrażenie, że
wina leży po jej stronie.
Zarzuciła
kaptur na głowę i przyśpieszyła kroku. Po kilkunastu minutach znalazła się w
jednym z miejskich parków. Tym razem nie poszła pod swoje ulubione drzewo.
Minęła je ze smutkiem i ruszyła w stronę pomostu. Usiadła na jego brzegu i
ściągnęła kaptur. Wiatr rozwiał kosmyki jej włosów. Spojrzała w zachmurzone
niebo. Poczuła zimne krople deszczu na swojej twarzy. Podciągnęła rękaw bluzy,
a deszcz muskał i chłodził jej podrażnioną skórę. Uwielbiała pogodę w Anglii.
Oddawała jej wewnętrzny stan, który podchodził pod rozpacz. Zdjęła plecak z
ramion i swoją bluzę z pleców. Wstała powoli i rozłożyła swoje ręce. Deszcz
padał coraz intensywniej, ale ona nie zwracała na to uwagi. Stała na brzegu
mostu z zamkniętymi oczami i chciała poczuć każdą najmniejszą kroplę deszczu.
Tak bardzo pragnęła czyjejś bliskości, a jedyne co czuła to zimne, spływające
po jej ciele krople. Miała wrażenie, że za chwile upadnie. Usiadła po turecku i
ponownie założyła swoją bluzę na zmarznięte ciało. Czuła, że jest na skraju
jakiegoś szaleństwa i zaraz eksploduje. Podniosła się szybko i zbiegła z mostu,
bojąc się co może na nim jeszcze zrobić. Coraz bardziej miała wrażenie, że nie
myśli racjonalnie. Przeczesała palcami swoje wilgotne włosy i przetarła twarz.
Opuściła park przyśpieszonym krokiem i ruszyła w stronę szkoły. Kolejnego
miejsca na liście, gdzie była kompletnie niewidzialna.
Uczyła
się źle to było nieodpowiednie określenie, bo ona w ogóle się nie uczyła. Nie
przykładała uwagi do wiedzy jaką nauczyciele starali się jej przekazać i miała
wrażenie, że szkolne podręczniki mówią o świecie, który był gdzieś daleko
nieosiągalny. Nie przejmowała się przyszłością, bo uważała, że ktoś taki jak
ona i tak nic nie osiągnie. Gdy tylko pojawiała się w jej głowie jakaś myśl na
temat przyszłości, słyszała wypowiadane przez ojca słowa - Jesteś nikim! Rozczarowujesz mnie od dnia swoich narodzin! Co jakiś
czas widziała też matkę zapłakaną w kuchni. Bała się do niej podejść, bo coś
mówiło jej, że to właśnie ona jest powodem jej łez. Nigdy nie okazywały sobie
bliskości. Holly nie potrafiła rozmawiać ze swoją matką. Prawda była taka, że z
nikim nie umiała rozmawiać. Czuła jakby kompletnie nie pasowała do tego świata
i do ludzi, którzy ją otaczali. Miała wrażenie, że jest obca i przysłana z
innej planety. Ludzie w szkole w ogóle jej nie zauważyli. Czasem zastanawiała
się czy ktoś by dostrzegł, gdyby zniknęła. Jednak po chwili odpędzała te myśli,
bo nie chciała poczuć rozczarowania. Obojętność ludzi nie była jednak
najgorsza. Najbardziej w tym wszystkim doskwierała jej samotność. Zawsze była
sama. Zawsze miała czas by wyobrażać sobie te lepsze życie. Zawsze zerkała w
okna innych domów z zazdrością i zawsze czegoś, a raczej kogoś jej brakowało..
Pierdolone zawsze. Każdy przecież może wytrzymać tydzień bez picia, dwa
tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść
samotności. To najgorsza udręka, najcięższa tortura. Ta wyniszczająca
świadomość, że człowiek mógłby żyć samotnie przez całe życie. Ale, chociaż sam
mógłby wykopać swój grób, musi mieć kogoś, kto go pochowa… A ona nie miała
takiej osoby. Nie miała nikogo.
Wróciła
myślami do rzeczywistości i jak się okazało była już przed budynkiem swojej
szkoły. Weszła przez główne wejście i po raz kolejny zniknęła w tłumie ludzi.
Szła przed siebie, nie zwracając uwagi na wszystko wokół niej. Kiedy doszła pod
odpowiednią salę lekcyjną, zadzwonił dzwonek. Nauczyciel otworzył drzwi i razem
z innymi weszła do pomieszczenia. Skierowała się do ostatniej ławki przy oknie
i od razu usiadła na jedno z krzeseł. Rzuciła swój plecak na podłogę i oparła
swoją głowę na ręce. Patrzyła na krople deszczu ściekające po szybie i doszła
do wniosku, że każda z nich prędzej czy później łączy się z inną. Wpasowują się
w jedną całość.
- Pani Dawson – usłyszała zachrypnięty głos nauczyciela i
odwróciła swój wzrok w jego kierunku – Odpowie pani na moje pytanie.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę i zastanawiała się
czemu to właśnie ją zapytał. Musiała też przyznać, że widziała go pierwszy raz
na oczy. Był młody i dobrze zbudowany. Jego skóra miała lekką opaleniznę, a w
niektórych miejscach miał tatuaże. Ubrany był w zwykłe czarne rurki, mocno
opinające jego nogi i biały podkoszulek, uwydatniający wyćwiczone mięśnie
brzucha. Twarz miał niezwykle młodzieńczą, a lekko pokręcone włosy zaczesane do
tyłu odejmowały mu lat. Musiała przyznać, że nie pasował do standardowego
stereotypu nauczyciela. Żałowała, że nie skupiła swojej uwagi na początku
lekcji i nie usłyszała jak się nazywa. Kiedy tak obserwowała jego osobę, on
stał lekko zdezorientowany i czekał na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Jego
zielone tęczówki nie spuszczały z niej wzroku.
- To jak pani Dawson? – ponowił próbę.
- Czy mógłby pan powtórzyć pytanie? – rzuciła na odczepne.
- Chciałem żebyś powiedziała nam co sądzisz o grzechu pierworodnym?
- Hm… – zamyśliła się przez chwilę – Myślę, że grzech
pierworodny nie polegał głównie na tym, że Ewa zjadła jabłko. Tylko, że
podzieliła się nim z Adamem. Uważam jednak, że nie zrobiła tego by sprzeciwić
się Stwórcy, ale po prostu nie chciała czuć się samotna ze swoim odkryciem.
Chciała się podzielić nim z kimś bliskim. Z kimś kto ją zrozumie –
odpowiedziała spokojnie.
- Dziękuje ci… – spojrzał pytająco.
- Holly.
- Dziękuje ci Holly – nauczyciel patrzył z ciekawością na dziewczynę
– Chciałby ktoś coś jeszcze dodać? – zwrócił się po chwili już do klasy, a ona
ponownie spojrzała w szybę. Jednak nie mogła skupić się już na niczym, bo jej
myśli wypełniał koleś z lokowanymi włosami.
Kiedy
usłyszała dźwięk dzwonka, zabrała swój plecak i podniosła się z krzesła.
Ruszyła powoli do wyjścia i gdy była już przy drzwiach, usłyszała swoje imię.
- Holly. Zaczekaj – głos należał do jej nauczyciela.
- Tak? – odwróciła się niepewnie w jego stronę. Mężczyzna
przysiadł na biurku i skupił na niej swoją uwagę.
- Chciałem zapytać cię czy wyniosłaś coś mądrego z tej
lekcji?
- Tak. Zauważyłam, że jest pan chyba jednym nauczycielem,
który o coś mnie zapytał i jak się tak dobrze przyjrzeć to nie pasuje mi pan do
stereotypowego nauczyciela – przerwała na chwilę, zaskoczona swoją dziwną pewnością
siebie – A i jeszcze doszłam do wniosku, że krople deszczu na szybie, mimo
samotności z jaką pokonują swoją drogę, zawsze w jakimś momencie się spotykają
i łączą w nierozerwalną jedność. Zauważył to pan kiedyś? – spytała, a on
uśmiechnął się ukazując dołeczki w policzkach.
- Szczerze.. to nigdy o tym nie myślałem..
- No widzi pan, a pańska lekcja wydaje się idealna do takich
obserwacji – podsumowała, a on zaczął się śmiać – Mogę już iść?
- Tak – odpowiedział – Dziękuje.
Już chciała skierować się do wyjścia, ale ponownie spojrzała
na bruneta.
- Mogę jeszcze o coś zapytać?
- Tak?
- Wiem, że to może niegrzeczne, bo pewnie przedstawiał się
pan na początku lekcji, ale jak się pan nazywa? – spytała, a on ponownie się
uśmiechnął.
- To zrozumiałe. Krople deszczu były o wiele ciekawsze niż
ja. Harry Styles. Miło mi – podał jej rękę. Ona lekko się zawahała, jednak
chwyciła jego dłoń swoją.
- Holly Dawson. Do widzenia – dodała i wyszła z sali.