Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 2.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 2.. Pokaż wszystkie posty

2.


Wracam do Was z drugim rozdziałem i mam nadzieje, że przyjmiecie go pozytywnie. 
Poznacie dziś jednego z kolejnych bohaterów, ale na Zayna musicie jeszcze cierpliwie poczekać :) Choć niedługo i on się pojawi, spokojnie :) 
Wszystkich, którzy chcieliby być informowani o nowych notkach prosiłabym o pozostawienie jakiś namiarów w komentarzu :)
Miłej lektury x
 ________________________________________
'Stitch my wings and pull the strings
I bought these dreams. That all fall down'

          Obudziły ją wpadające do pokoju promienie słońca. Mimo że czuła się wyspana, była wykończona psychicznie. Spojrzała na zegarek stojący na szafce nocnej. Wskazywał dopiero 5:20, więc miała jeszcze dobre dwie godziny na sen. Wiedziała jednak, że już nie zaśnie. Przykryła swoją twarz kołdrą i starała się przypomnieć sobie, co jej się śniło. Rzadko kiedy pamiętała swoje sny. Głównie w pamięci pozostawały jej szczegóły, których nie mogła zrozumieć. Tak było też tym razem. W głowie siedział jej obraz nagrobka. Nie była pewna dlaczego właśnie tylko to zapamiętała i może nie byłoby to wcale tak dziwne, gdyby nie fakt, że to był to obraz jej nagrobka. 

          Zrzuciła kołdrę ze swojego ciała i usiadła na łóżku. Postawiła swoje nogi na chłodnych panelach i wstała. Pościeliła spokojnie swoje łóżko i powoli skierowała się do łazienki. Usiadła na brzegu wanny i przetarła swoje rany na rękach. Wiele z nich było świeżych i kiedy mocniej naciskała na skórę, czuła lekkie pieczenie. Podeszła do umywalki i obmyła swoją twarz. Nie miała najmniejszej ochoty patrzeć na swoje marne odbicie w lustrze. Wykonała wszystkie poranne czynności i wyszła z pomieszczenia. Zdjęła swoją koszulkę do spania i założyła czystą bieliznę. Otworzyła swoją szafę i standardowo sięgnęła po ciemną bluzkę. Na nią zarzuciła czarną bluzę z za długimi rękawami. Celowo takie były. Miały zasłaniać oznaki jej słabości na rękach. Na nogi założyła jeansowe rurki, a swoje rude włosy przeczesała szczotką i zostawiła rozpuszczone. Wzięła do ręki plecak i opuściła pokój. Zeszła cicho po schodach i udała się do kuchni. Wstawiła wodę na herbatę i kiedy zaparzyła sobie napój, usiadła na parapecie okna. Ogrzała sobie ręce ciepłem bijącym z kubka i co jakiś czas upijała kolejne łyki herbaty. Kiedy skończyła pić, wyjęła z lodówki swój ulubiony jogurt z kawałkami czekolady. Znalazła w szufladzie łyżeczkę i usiadła na poprzednim miejscu. Zimny posiłek łagodził jej podrażniony od gorącej herbaty język. Po skończonym śniadaniu posprzątała po sobie. Kierując się do wyjścia, założyła swoje czarne trampki i zarzuciła plecak na ramiona. 

          Szła pustą ulicą i mijała kolejne domy. W oknach dostrzegała rodziny przy wspólnym posiłku, szykujące się na kolejny dzień. Czuła w sercu wielką zazdrość. Jej rodzina nigdy nie jadła wspólnych posiłków, ale dlaczego? Miała wrażenie, że wina leży po jej stronie.

          Zarzuciła kaptur na głowę i przyśpieszyła kroku. Po kilkunastu minutach znalazła się w jednym z miejskich parków. Tym razem nie poszła pod swoje ulubione drzewo. Minęła je ze smutkiem i ruszyła w stronę pomostu. Usiadła na jego brzegu i ściągnęła kaptur. Wiatr rozwiał kosmyki jej włosów. Spojrzała w zachmurzone niebo. Poczuła zimne krople deszczu na swojej twarzy. Podciągnęła rękaw bluzy, a deszcz muskał i chłodził jej podrażnioną skórę. Uwielbiała pogodę w Anglii. Oddawała jej wewnętrzny stan, który podchodził pod rozpacz. Zdjęła plecak z ramion i swoją bluzę z pleców. Wstała powoli i rozłożyła swoje ręce. Deszcz padał coraz intensywniej, ale ona nie zwracała na to uwagi. Stała na brzegu mostu z zamkniętymi oczami i chciała poczuć każdą najmniejszą kroplę deszczu. Tak bardzo pragnęła czyjejś bliskości, a jedyne co czuła to zimne, spływające po jej ciele krople. Miała wrażenie, że za chwile upadnie. Usiadła po turecku i ponownie założyła swoją bluzę na zmarznięte ciało. Czuła, że jest na skraju jakiegoś szaleństwa i zaraz eksploduje. Podniosła się szybko i zbiegła z mostu, bojąc się co może na nim jeszcze zrobić. Coraz bardziej miała wrażenie, że nie myśli racjonalnie. Przeczesała palcami swoje wilgotne włosy i przetarła twarz. Opuściła park przyśpieszonym krokiem i ruszyła w stronę szkoły. Kolejnego miejsca na liście, gdzie była kompletnie niewidzialna. 

          Uczyła się źle to było nieodpowiednie określenie, bo ona w ogóle się nie uczyła. Nie przykładała uwagi do wiedzy jaką nauczyciele starali się jej przekazać i miała wrażenie, że szkolne podręczniki mówią o świecie, który był gdzieś daleko nieosiągalny. Nie przejmowała się przyszłością, bo uważała, że ktoś taki jak ona i tak nic nie osiągnie. Gdy tylko pojawiała się w jej głowie jakaś myśl na temat przyszłości, słyszała wypowiadane przez ojca słowa - Jesteś nikim! Rozczarowujesz mnie od dnia swoich narodzin! Co jakiś czas widziała też matkę zapłakaną w kuchni. Bała się do niej podejść, bo coś mówiło jej, że to właśnie ona jest powodem jej łez. Nigdy nie okazywały sobie bliskości. Holly nie potrafiła rozmawiać ze swoją matką. Prawda była taka, że z nikim nie umiała rozmawiać. Czuła jakby kompletnie nie pasowała do tego świata i do ludzi, którzy ją otaczali. Miała wrażenie, że jest obca i przysłana z innej planety. Ludzie w szkole w ogóle jej nie zauważyli. Czasem zastanawiała się czy ktoś by dostrzegł, gdyby zniknęła. Jednak po chwili odpędzała te myśli, bo nie chciała poczuć rozczarowania. Obojętność ludzi nie była jednak najgorsza. Najbardziej w tym wszystkim doskwierała jej samotność. Zawsze była sama. Zawsze miała czas by wyobrażać sobie te lepsze życie. Zawsze zerkała w okna innych domów z zazdrością i zawsze czegoś, a raczej kogoś jej brakowało.. Pierdolone zawsze. Każdy przecież może wytrzymać tydzień bez picia, dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową, ale nie może znieść samotności. To najgorsza udręka, najcięższa tortura. Ta wyniszczająca świadomość, że człowiek mógłby żyć samotnie przez całe życie. Ale, chociaż sam mógłby wykopać swój grób, musi mieć kogoś, kto go pochowa… A ona nie miała takiej osoby. Nie miała nikogo.

         Wróciła myślami do rzeczywistości i jak się okazało była już przed budynkiem swojej szkoły. Weszła przez główne wejście i po raz kolejny zniknęła w tłumie ludzi. Szła przed siebie, nie zwracając uwagi na wszystko wokół niej. Kiedy doszła pod odpowiednią salę lekcyjną, zadzwonił dzwonek. Nauczyciel otworzył drzwi i razem z innymi weszła do pomieszczenia. Skierowała się do ostatniej ławki przy oknie i od razu usiadła na jedno z krzeseł. Rzuciła swój plecak na podłogę i oparła swoją głowę na ręce. Patrzyła na krople deszczu ściekające po szybie i doszła do wniosku, że każda z nich prędzej czy później łączy się z inną. Wpasowują się w jedną całość.
- Pani Dawson – usłyszała zachrypnięty głos nauczyciela i odwróciła swój wzrok w jego kierunku – Odpowie pani na moje pytanie.
Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę i zastanawiała się czemu to właśnie ją zapytał. Musiała też przyznać, że widziała go pierwszy raz na oczy. Był młody i dobrze zbudowany. Jego skóra miała lekką opaleniznę, a w niektórych miejscach miał tatuaże. Ubrany był w zwykłe czarne rurki, mocno opinające jego nogi i biały podkoszulek, uwydatniający wyćwiczone mięśnie brzucha. Twarz miał niezwykle młodzieńczą, a lekko pokręcone włosy zaczesane do tyłu odejmowały mu lat. Musiała przyznać, że nie pasował do standardowego stereotypu nauczyciela. Żałowała, że nie skupiła swojej uwagi na początku lekcji i nie usłyszała jak się nazywa. Kiedy tak obserwowała jego osobę, on stał lekko zdezorientowany i czekał na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Jego zielone tęczówki nie spuszczały z niej wzroku.
- To jak pani Dawson? – ponowił próbę.
- Czy mógłby pan powtórzyć pytanie? – rzuciła na odczepne.
- Chciałem żebyś powiedziała nam co sądzisz o grzechu pierworodnym?
- Hm… – zamyśliła się przez chwilę – Myślę, że grzech pierworodny nie polegał głównie na tym, że Ewa zjadła jabłko. Tylko, że podzieliła się nim z Adamem. Uważam jednak, że nie zrobiła tego by sprzeciwić się Stwórcy, ale po prostu nie chciała czuć się samotna ze swoim odkryciem. Chciała się podzielić nim z kimś bliskim. Z kimś kto ją zrozumie – odpowiedziała spokojnie.
- Dziękuje ci… – spojrzał pytająco.
- Holly.
- Dziękuje ci Holly – nauczyciel patrzył z ciekawością na dziewczynę – Chciałby ktoś coś jeszcze dodać? – zwrócił się po chwili już do klasy, a ona ponownie spojrzała w szybę. Jednak nie mogła skupić się już na niczym, bo jej myśli wypełniał koleś z lokowanymi włosami.
         Kiedy usłyszała dźwięk dzwonka, zabrała swój plecak i podniosła się z krzesła. Ruszyła powoli do wyjścia i gdy była już przy drzwiach, usłyszała swoje imię.
- Holly. Zaczekaj – głos należał do jej nauczyciela.
- Tak? – odwróciła się niepewnie w jego stronę. Mężczyzna przysiadł na biurku i skupił na niej swoją uwagę.
- Chciałem zapytać cię czy wyniosłaś coś mądrego z tej lekcji?
- Tak. Zauważyłam, że jest pan chyba jednym nauczycielem, który o coś mnie zapytał i jak się tak dobrze przyjrzeć to nie pasuje mi pan do stereotypowego nauczyciela – przerwała na chwilę, zaskoczona swoją dziwną pewnością siebie – A i jeszcze doszłam do wniosku, że krople deszczu na szybie, mimo samotności z jaką pokonują swoją drogę, zawsze w jakimś momencie się spotykają i łączą w nierozerwalną jedność. Zauważył to pan kiedyś? – spytała, a on uśmiechnął się ukazując dołeczki w policzkach.
- Szczerze.. to nigdy o tym nie myślałem..
- No widzi pan, a pańska lekcja wydaje się idealna do takich obserwacji – podsumowała, a on zaczął się śmiać – Mogę już iść?
- Tak – odpowiedział – Dziękuje.
Już chciała skierować się do wyjścia, ale ponownie spojrzała na bruneta.
- Mogę jeszcze o coś zapytać?
- Tak?
- Wiem, że to może niegrzeczne, bo pewnie przedstawiał się pan na początku lekcji, ale jak się pan nazywa? – spytała, a on ponownie się uśmiechnął.
- To zrozumiałe. Krople deszczu były o wiele ciekawsze niż ja. Harry Styles. Miło mi – podał jej rękę. Ona lekko się zawahała, jednak chwyciła jego dłoń swoją.
- Holly Dawson. Do widzenia – dodała i wyszła z sali.