Witajcie kochani x
Nawet nie wiecie jak bardzo stresuję się tą publikacją. Mam ogromną nadzieje, że spodoba Wam się to opowiadanie i przyjmiecie je pozytywnie. Ta historia jest nieco inna niż moje pozostałe opowiadania, dlatego boję się jeszcze bardziej. Czekam na Wasze szczere opinię, które są dla mnie ogromnie ważne. Chcę po prostu wiedzieć, czy chcecie czytać moje kolejne opowiadania i czy jest sens w ogóle je pisać. Dlatego czekam z wielką niecierpliwością na Wasze komentarze.
A jeśli się Wam spodoba to zostawcie swoje usernames z tt, bądź inne namiary z pewnością poinformuje Was o nowych notkach. Jeśli uznacie, że ta historia ma coś w sobie to możecie polecić gdzieś też te ff, jeśli chcecie oczywiście. Będzie mi bardzo miło :)
No to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddanie w Wasze ręce pierwszego rozdziału :)
Enjoy <3
_______________________________________________ Muzyka
I hear the people talking but I never heard a word they say.
Kiedy zachodzi słońce, większość rodzin mieszkających w Leeds je wspólną kolację, ogląda telewizję, rozmawia o spędzonym dniu czy dzieli się swoimi przeżyciami. W mieście robi się coraz ciemniej, a uliczne lampy oświetlają jego zakamarki. Wielu młodych ludzi wychodzi na ulicę ze znajomymi. Ojcowie czytają swoim dzieciom bajki na dobranoc, a matki sprzątają pozostałości po kolacji. Każdy pomyślałby, że to normalne i zwyczajne, ale nie dla Niej.
Ona nigdy
nie jadała kolacji ze swoimi rodzicami i nigdy z nimi nie rozmawiała o swoich
problemach. Tłumiła wszystko w sobie. Jej wieczór zawsze wyglądał tak samo.
Siadała samotnie na parapecie i w towarzystwie księżyca obserwowała to co
działo się na ulicy. Matka przynosiła jej do pokoju jedzenie, ale ona zawsze
zostawiała nietkniętą kolacje. Nigdy nie zwracała uwagi na przychodzącą do jej
pokoju rodzicielkę. Próbowała skupić swoją uwagę na jakimś interesującym
punkcie, by odwrócić myśli od pójścia spać. Nienawidziła nocy, ale jeszcze
bardziej tego co widziała, gdy tylko zamykała swoje oczy.
Po jakimś czasie wpatrywania się w swoje osiedle,
rozprostowywała swoje kości i kierowała się do łazienki. Odkręcała korek z wodą
i nalewała jej do wanny. Zanim się rozebrała zawsze patrzyła na swoje odbicie w
lustrze. Widziała osobę, która była kompletnie niewidzialna dla innych. Chciała
chociaż przez moment poczuć się zauważona, potrzebna. Kiedy się rozebrała przez
długie godziny siedziała w wannie pełnej wody z żyletką w ręku. Woda po jakimś
czasie zmieniała swą barwę na kolor jej krwi. Lecz ona zawsze potrafiła
przerwać okaleczanie w takim momencie by przeżyć. Tylko po co? Tego nie była
pewna. Nie chciała śmierci. Ból był jej pewnego rodzaju ucieczką. Dawał jej te
kilka upragnionych minut zapomnienia o wszystkim dookoła. Ostrze przebijające
jej skórę wypełniało jej głowę. Przynosiło jej złudne poczucie kontroli i
poprawę samopoczucia. Choć na chwilę nie myślała o szkole, rodzicach, poczuciu
bezradności, obojętności otoczenia i tych cholernych koszmarach, rodzących się
w jej głowie każdej nocy. Uciekała od nich. Miała w głowie to chore wrażenie,
że to jej pomaga.
Piętro niżej w salonie przed telewizorem siedział jej
ojciec. Zawsze z piwem w dłoni, oglądający kolejny z rzędu film akcji. Nie
przejmował się niczym. Nie interesowało go co dzieje się z jego córką. Ona i
tak była dla niego zwykłym rozczarowaniem. Spojrzał na zegarek i wiedział, że
za jakąś godzinę ona położy się spać i znów będzie miała te koszmary przez
które wszyscy nie mogli spać, ale mimo to nie próbował zrozumieć ich przyczyn.
Udawał, że ich nie ma. Tak było łatwiej. Przynajmniej jego zdaniem.
W kuchni po raz któryś z rzędu jej matka wyrzucała do kosza
jej nietkniętą kolacje. Kobieta czuła się kompletnie bezsilna i nie wiedziała
jak trafić do Holly. Była sobą rozczarowana, ale nie potrafiła przezwyciężyć tego
sama. John nie dawał jej odpowiedniego wparcia. On wolał tego wszystkiego nie
dostrzegać, ale ona tak nie potrafiła. Za każdym razem, gdy widziała rany na
rękach córki to miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wiedziała, że powinna coś z
tym zrobić, ale kompletnie nie wiedziała co. Spojrzała na zegar wiszący na
kuchennej ścianie i przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Miała świadomość, że za
chwile znów zobaczy swoją córkę w kompletnej rozsypce i z przerażeniem w
oczach. Najgorsze jednak było to cholerne uczucie bezsilności. Była już u
psychologów, ale wszyscy mówili jej, że jej córka powinna się leczyć, poddać
terapii. Nie chciała im wierzyć. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że jej
córka jest chora. Wolała mieć złudną nadzieje, że to kiedyś minie. Ta nadzieja jednak
malała z każdą kolejną nocą od kilkunastu lat. Otworzyła jedną z kuchennych
szafek i wyjęła butelkę czerwonego wina. Nalała sobie pełny kieliszek i wypiła
jednym duszkiem całą jego zawartość. Poczuła w ustach przyjemny smak wytrawnego
alkoholu i przymknęła swoje powieki. Otworzyła oczy i rozejrzała się po
pomieszczeniu. Wzięła ponownie do ręki broszurę ośrodka psychiatrycznego i
wpatrywała się w nią dobre kilka minut. Przełknęła głośno ślinę, która zebrała
się w jej ustach ze stresu i ruszyła do salonu. Zobaczyła swojego męża
przysypiającego na kanapie. Usiadła obok niego i lekko poruszyła jego ramie.
Mąż spojrzał na nią zaspanym wzrokiem.
- Znów? – spytał szeptem, ale ona zaprzeczyła pewnym ruchem
głowy i podała mu lekko zwilgotniałą od potu ulotkę.
- Ona ma już siedemnaście lat John. Co jeśli do się nigdy
nie skończy? – w jej głosie było słychać niepewność przemieszaną z
bezsilnością.
- Chcesz żeby sąsiedzi gadali, że mamy psychola pod dachem!
– powiedział oburzony.
- To twoja córka! Naprawdę liczy się dla ciebie bardziej
opinia cholernych sąsiadów niż ona?
- Uważasz, że ona jest chora? – zaczął się śmiać – Smarkula
głupieje od tych swoich znajomych i szkoły.
- Ona nie ma znajomych i to jest jeszcze bardziej
przerażające. Jonh ja nie umiem żyć ze świadomością, że ona w każdej chwili
może sobie coś zrobić.
- Teraz zaczęłaś się martwić? Po tylu latach?
- Lepiej późno niż … - chciała powiedzieć coś jeszcze, ale
ich rozmowę przerwał głośny krzyk.
*
Szła
opustoszałą ulicą swojego rodzinnego miasta i mijała kolejne domy, w których
nie dostrzegała żadnej żywej duszy. Jakby wszystko było kompletnie martwe i bez
życia. Miała na sobie za dużą czarną koszulkę i bokserki w których zawsze
spała. Jej bose nogi stąpały po zimnym asfalcie. Nie słyszała kompletnie nic
poza biciem swojego serca. Cisza panująca dokoła niej nie należała do
przyjemnych. Kiedy tak szła wzdłuż szerokiej, posępnej alei, otaczające ją domy
zaczęły zmieniać się w majestatyczne budowle, które rzucały martwe,
nienaturalne cienie potęgujące nastrój grozy i tajemniczości. Niepokojący
labirynt dróg zdawał się nie mieć wyjścia. We frontach budowli tkwiły
znieruchomiałe zegary stale wskazujące północ.
Nagle poczuła ogromny ból w skroniach. Złapała się za głowę
i próbowała uspokoić swój oddech, lecz nie mogła złapać powietrza w płuca.
Zaczęła się dusić i w pewnej chwili ziemia pod jej nogami zadrżała, a ona
zaczęła spadać w nieokreśloną głębie. Próbowała krzyczeć, ale z jej ust nie
wydobywały się żadne dźwięki. Miała wrażenie, że leci z coraz większą
prędkością. Po kilku chwilach zobaczyła niewielki płomień w oddali. Zbliżała
się do niego i jego rozmiar z każdą chwilą się pogłębiał. Ogień zaczął razić ją
w oczy więc zamknęła swoje powieki i po chwili upadła na zimny marmur. Jej
ciało przeszedł ostry ból i skuliła się pod jego wpływem. Do jej nozdrzy
doleciał zapach spalenizny. Podniosła swoją głowę i jej oczom ukazał się
cmentarz w płomieniach, a ona leżała na jakimś grobie. Przyjrzała się wyrytym w
kamieniu literom i nie mogła uwierzyć w to co widzi. Na nagrobku znajdowało się
jej imię i nazwisko. Holly Dawson. Te
dwa słowa wypełniały jej myśli. Jakiś głos w jej głowie powtarzał je coraz
głośniej i głośniej aż nagle wszystko ucichło i poczuła się jeszcze gorzej. Mimo
pożaru miała wrażenie, że zamarza od środka. Wyciągnęła swoje dłonie w kierunku
płomieni, chcąc choć minimalnie ogrzać opuszki swoich palców lecz to było na
nic. Języki ognia otulały jej palce, nie dając żadnego ciepła. Podniosła się z
nagrobka i wbiegła w powiększające się płomienie. Pędziła w nieznanym kierunku
aż nagle poczuła na swoich ramionach czyjś dotyk. Była przerażona. Zaczęła
odtrącać je od siebie, ale nie mogła. Miała wrażenie, że coś ściska ją coraz
mocnej i gdzieś wciąga. Chciała krzyczeć, ale jakaś inna dłoń zasłoniła jej
usta…
*
- Zostaw mnie! Pomocy! – po całym domu rozchodził się krzyk
Holly.
John próbował zasłonić jej usta, by nie obudziła żadnych
sąsiadów, a Margaret starała się jakoś opanować cało swojej córki. W oczach
miała łzy. Nienawidziła oglądać dziewczyny w takim stanie.
W pewnej chwili Holly otworzyła swoje oczy i zachłystnęła
się głęboko powietrzem. Opadła zmęczona na ciało matki i zasnęła ponownie, tak
jakby nic przed chwilą nie miało miejsca. Margaret położyła córkę delikatnie na
łóżku i przykryła jej ciało kołdrą. Przetarła dłonią swoje spocone czoło i
zajrzała do łazienki. Podeszła do umywalki i obmyła swoją twarz. Była
wykończona. Oparła swoje dłonie na brzegu zlewu i spojrzała w lustro. Czuła do
siebie wstręt.
- Jestem okropną matką – szepnęła pod nosem.
Do pomieszczenia wszedł jej mąż i spojrzał na swoją żonę.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Jutro ją tam zawiozę John. Czy tego chcesz czy nie –
powiedziała pewnie i wyminęła go w progu łazienki.
Czekam na Wasze szczere opinię x