Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 1.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 1.. Pokaż wszystkie posty

1.

Witajcie kochani x
Nawet nie wiecie jak bardzo stresuję się tą publikacją. Mam ogromną nadzieje, że spodoba Wam się to opowiadanie i przyjmiecie je pozytywnie. Ta historia jest nieco inna niż moje pozostałe opowiadania, dlatego boję się jeszcze bardziej. Czekam na Wasze szczere opinię, które są dla mnie ogromnie ważne. Chcę po prostu wiedzieć, czy chcecie czytać moje kolejne opowiadania i czy jest sens w ogóle je pisać. Dlatego czekam z wielką niecierpliwością na Wasze komentarze.
A jeśli się Wam spodoba to zostawcie swoje usernames z tt, bądź inne namiary z pewnością poinformuje Was o nowych notkach. Jeśli uznacie, że ta historia ma coś w sobie to możecie polecić gdzieś też te ff, jeśli chcecie oczywiście. Będzie mi bardzo miło :)
No to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddanie w Wasze ręce pierwszego rozdziału :)
Enjoy <3
_______________________________________________
Muzyka

I hear the people talking but I never heard a word they say.

          Kiedy zachodzi słońce, większość rodzin mieszkających w Leeds je wspólną kolację, ogląda telewizję, rozmawia o spędzonym dniu czy dzieli się swoimi przeżyciami. W mieście robi się coraz ciemniej, a uliczne lampy oświetlają jego zakamarki. Wielu młodych ludzi wychodzi na ulicę ze znajomymi. Ojcowie czytają swoim dzieciom bajki na dobranoc, a matki sprzątają pozostałości po kolacji. Każdy pomyślałby, że to normalne i zwyczajne, ale nie dla Niej.

          Ona nigdy nie jadała kolacji ze swoimi rodzicami i nigdy z nimi nie rozmawiała o swoich problemach. Tłumiła wszystko w sobie. Jej wieczór zawsze wyglądał tak samo. Siadała samotnie na parapecie i w towarzystwie księżyca obserwowała to co działo się na ulicy. Matka przynosiła jej do pokoju jedzenie, ale ona zawsze zostawiała nietkniętą kolacje. Nigdy nie zwracała uwagi na przychodzącą do jej pokoju rodzicielkę. Próbowała skupić swoją uwagę na jakimś interesującym punkcie, by odwrócić myśli od pójścia spać. Nienawidziła nocy, ale jeszcze bardziej tego co widziała, gdy tylko zamykała swoje oczy.

          Po jakimś czasie wpatrywania się w swoje osiedle, rozprostowywała swoje kości i kierowała się do łazienki. Odkręcała korek z wodą i nalewała jej do wanny. Zanim się rozebrała zawsze patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Widziała osobę, która była kompletnie niewidzialna dla innych. Chciała chociaż przez moment poczuć się zauważona, potrzebna. Kiedy się rozebrała przez długie godziny siedziała w wannie pełnej wody z żyletką w ręku. Woda po jakimś czasie zmieniała swą barwę na kolor jej krwi. Lecz ona zawsze potrafiła przerwać okaleczanie w takim momencie by przeżyć. Tylko po co? Tego nie była pewna. Nie chciała śmierci. Ból był jej pewnego rodzaju ucieczką. Dawał jej te kilka upragnionych minut zapomnienia o wszystkim dookoła. Ostrze przebijające jej skórę wypełniało jej głowę. Przynosiło jej złudne poczucie kontroli i poprawę samopoczucia. Choć na chwilę nie myślała o szkole, rodzicach, poczuciu bezradności, obojętności otoczenia i tych cholernych koszmarach, rodzących się w jej głowie każdej nocy. Uciekała od nich. Miała w głowie to chore wrażenie, że to jej pomaga.

          Piętro niżej w salonie przed telewizorem siedział jej ojciec. Zawsze z piwem w dłoni, oglądający kolejny z rzędu film akcji. Nie przejmował się niczym. Nie interesowało go co dzieje się z jego córką. Ona i tak była dla niego zwykłym rozczarowaniem. Spojrzał na zegarek i wiedział, że za jakąś godzinę ona położy się spać i znów będzie miała te koszmary przez które wszyscy nie mogli spać, ale mimo to nie próbował zrozumieć ich przyczyn. Udawał, że ich nie ma. Tak było łatwiej. Przynajmniej jego zdaniem.

          W kuchni po raz któryś z rzędu jej matka wyrzucała do kosza jej nietkniętą kolacje. Kobieta czuła się kompletnie bezsilna i nie wiedziała jak trafić do Holly. Była sobą rozczarowana, ale nie potrafiła przezwyciężyć tego sama. John nie dawał jej odpowiedniego wparcia. On wolał tego wszystkiego nie dostrzegać, ale ona tak nie potrafiła. Za każdym razem, gdy widziała rany na rękach córki to miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wiedziała, że powinna coś z tym zrobić, ale kompletnie nie wiedziała co. Spojrzała na zegar wiszący na kuchennej ścianie i przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Miała świadomość, że za chwile znów zobaczy swoją córkę w kompletnej rozsypce i z przerażeniem w oczach. Najgorsze jednak było to cholerne uczucie bezsilności. Była już u psychologów, ale wszyscy mówili jej, że jej córka powinna się leczyć, poddać terapii. Nie chciała im wierzyć. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że jej córka jest chora. Wolała mieć złudną nadzieje, że to kiedyś minie. Ta nadzieja jednak malała z każdą kolejną nocą od kilkunastu lat. Otworzyła jedną z kuchennych szafek i wyjęła butelkę czerwonego wina. Nalała sobie pełny kieliszek i wypiła jednym duszkiem całą jego zawartość. Poczuła w ustach przyjemny smak wytrawnego alkoholu i przymknęła swoje powieki. Otworzyła oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Wzięła ponownie do ręki broszurę ośrodka psychiatrycznego i wpatrywała się w nią dobre kilka minut. Przełknęła głośno ślinę, która zebrała się w jej ustach ze stresu i ruszyła do salonu. Zobaczyła swojego męża przysypiającego na kanapie. Usiadła obok niego i lekko poruszyła jego ramie. Mąż spojrzał na nią zaspanym wzrokiem.
- Znów? – spytał szeptem, ale ona zaprzeczyła pewnym ruchem głowy i podała mu lekko zwilgotniałą od potu ulotkę.
- Ona ma już siedemnaście lat John. Co jeśli do się nigdy nie skończy? – w jej głosie było słychać niepewność przemieszaną z bezsilnością.
- Chcesz żeby sąsiedzi gadali, że mamy psychola pod dachem! – powiedział oburzony.
- To twoja córka! Naprawdę liczy się dla ciebie bardziej opinia cholernych sąsiadów niż ona?
- Uważasz, że ona jest chora? – zaczął się śmiać – Smarkula głupieje od tych swoich znajomych i szkoły.
- Ona nie ma znajomych i to jest jeszcze bardziej przerażające. Jonh ja nie umiem żyć ze świadomością, że ona w każdej chwili może sobie coś zrobić.
- Teraz zaczęłaś się martwić? Po tylu latach?
- Lepiej późno niż … - chciała powiedzieć coś jeszcze, ale ich rozmowę przerwał głośny krzyk.
 
*

           Szła opustoszałą ulicą swojego rodzinnego miasta i mijała kolejne domy, w których nie dostrzegała żadnej żywej duszy. Jakby wszystko było kompletnie martwe i bez życia. Miała na sobie za dużą czarną koszulkę i bokserki w których zawsze spała. Jej bose nogi stąpały po zimnym asfalcie. Nie słyszała kompletnie nic poza biciem swojego serca. Cisza panująca dokoła niej nie należała do przyjemnych. Kiedy tak szła wzdłuż szerokiej, posępnej alei, otaczające ją domy zaczęły zmieniać się w majestatyczne budowle, które rzucały martwe, nienaturalne cienie potęgujące nastrój grozy i tajemniczości. Niepokojący labirynt dróg zdawał się nie mieć wyjścia. We frontach budowli tkwiły znieruchomiałe zegary stale wskazujące północ.
Nagle poczuła ogromny ból w skroniach. Złapała się za głowę i próbowała uspokoić swój oddech, lecz nie mogła złapać powietrza w płuca. Zaczęła się dusić i w pewnej chwili ziemia pod jej nogami zadrżała, a ona zaczęła spadać w nieokreśloną głębie. Próbowała krzyczeć, ale z jej ust nie wydobywały się żadne dźwięki. Miała wrażenie, że leci z coraz większą prędkością. Po kilku chwilach zobaczyła niewielki płomień w oddali. Zbliżała się do niego i jego rozmiar z każdą chwilą się pogłębiał. Ogień zaczął razić ją w oczy więc zamknęła swoje powieki i po chwili upadła na zimny marmur. Jej ciało przeszedł ostry ból i skuliła się pod jego wpływem. Do jej nozdrzy doleciał zapach spalenizny. Podniosła swoją głowę i jej oczom ukazał się cmentarz w płomieniach, a ona leżała na jakimś grobie. Przyjrzała się wyrytym w kamieniu literom i nie mogła uwierzyć w to co widzi. Na nagrobku znajdowało się jej imię i nazwisko. Holly Dawson. Te dwa słowa wypełniały jej myśli. Jakiś głos w jej głowie powtarzał je coraz głośniej i głośniej aż nagle wszystko ucichło i poczuła się jeszcze gorzej. Mimo pożaru miała wrażenie, że zamarza od środka. Wyciągnęła swoje dłonie w kierunku płomieni, chcąc choć minimalnie ogrzać opuszki swoich palców lecz to było na nic. Języki ognia otulały jej palce, nie dając żadnego ciepła. Podniosła się z nagrobka i wbiegła w powiększające się płomienie. Pędziła w nieznanym kierunku aż nagle poczuła na swoich ramionach czyjś dotyk. Była przerażona. Zaczęła odtrącać je od siebie, ale nie mogła. Miała wrażenie, że coś ściska ją coraz mocnej i gdzieś wciąga. Chciała krzyczeć, ale jakaś inna dłoń zasłoniła jej usta…

*

- Zostaw mnie! Pomocy! – po całym domu rozchodził się krzyk Holly.
John próbował zasłonić jej usta, by nie obudziła żadnych sąsiadów, a Margaret starała się jakoś opanować cało swojej córki. W oczach miała łzy. Nienawidziła oglądać dziewczyny w takim stanie.
W pewnej chwili Holly otworzyła swoje oczy i zachłystnęła się głęboko powietrzem. Opadła zmęczona na ciało matki i zasnęła ponownie, tak jakby nic przed chwilą nie miało miejsca. Margaret położyła córkę delikatnie na łóżku i przykryła jej ciało kołdrą. Przetarła dłonią swoje spocone czoło i zajrzała do łazienki. Podeszła do umywalki i obmyła swoją twarz. Była wykończona. Oparła swoje dłonie na brzegu zlewu i spojrzała w lustro. Czuła do siebie wstręt.
- Jestem okropną matką – szepnęła pod nosem.
Do pomieszczenia wszedł jej mąż i spojrzał na swoją żonę.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
- Jutro ją tam zawiozę John. Czy tego chcesz czy nie – powiedziała pewnie i wyminęła go w progu łazienki.  

Czekam na Wasze szczere opinię x